Dziś jak zwykle przybyłem na Moje Miejsce o ustalonej przedpołudniowej porze. Ulice też wyglądały jak zwykle: spokojne i zapchane po brzegi. Wszystkie ciasno upakowane, jeden stoi koło drugiego. Nawet miejsca explicite zaznaczone jako karane śmiercią w razie postoju błyszczały blaskami szyb i karoserii. Dzień jak co dzień.
Kiedy przejeżdżałem z drugiego końca ulicy (jest jednokierunkowa, więc trzeba się zawinąć dwa razy by na nią wjechać) kątem oka zauważyłem Ich. "Aha! Dziś żerują." - pomyślałem. Wykonałem dwa skręty w prawo i powoli wysunąłem się zza rogu. Nacisnąłem hamulec i przystanąłem tak że przede mną roztaczał się widok na całą długą ulicę.
Ta zebra właśnie dostała mandat.
Byli tam. Żerowali niczym stado lwów nad zwłokami kilku upolowanych antylop. "Biedni nieszczęśnicy" - pomyślałem - "przyjechali rano tak jak każdego dnia, z nadzieją że i tym razem się uda". Każdego ranka ta ulica wygląda tak spokojnie, zachęcająco i bezpiecznie, że każdy lokuje się gdzie chce. Nikt nie myśli o tym że za 2-3 godziny będzie się tutaj odbywał neonowy holocaust. Puste ulice kusza miejscami do parkowania, w stresie porannego dojazdu mało kto ma siłę takiej pokusie się oprzeć. Szybka gratyfikacja jak zawsze wygrywa z racjonalnym szacowaniem ryzyka...
Warto zjawiać się w godzinach innych niż wszyscy, dlatego że wtedy o wiele więcej widać. Oni też czekają aż wszyscy się ustawią, nie spieszy im się. Ale kiedy nie płyniesz ze stadem, rzadziej wpadasz w sieci. Choć nie każdy ma taką możliwość jak ja, by być tutaj akurat w tym momencie i to oglądać.
Stałem tak przez chwilę i w ciszy obserwowałem smutny widok. Dziś było ich więcej niż poprzednim razem. Urządzili sobie prawdziwą fiestę, zlecieli się całą hordą na zupełnie bezbronne stadko wozów po to by teraz z szałem w oczach rozszarpywać kolejne ofiary.
Ulica roiła się od panów w żółto-oczo-jebnych wdziankach. Pojedynczo lub grupkami, po kolei obrabiali każdy samochód pozostawiony na pastwę losu. Jeden zwykle robił fotografie, które miały być ewentualnym dowodem w sądzie, a drugi zakładał żółtą blokadę na koło.
Ale najgorsze były lawety. Dzisiaj przybyły aż trzy. Bezlitośnie wydzierały pojedyncze samochody z równego rządka zaparkowanych maszyn. Puste szczerby kojarzyły mi się z uśmiechem kogoś o niepełnym uzębieniu. Wszyscy uwijali się bardzo sprawnie, z morderczą dokładnością eliminowali kolejne ofiary.
Odczekałem jeszcze chwilkę, po czym spokojnie postawiłem samochód na swoim ulubionym miejscu. Jest wyjątkowe, bo każdy myśli że jest wybitnie niedozwolone, ale jakoś nigdy jeszcze nie miałem tam problemów. Mam takich miejsc ze 2-3 w tym rejonie, jakimś cudem zawsze któreś z nich jest wolne. Zamknąłem samochód i spokojnie odszedłem w druga stronę.
Obejrzałem się jeszcze za siebie, kontemplując smutny widok rozszalałych Strażników Miejskich. Jutro znów będzie tutaj cicho, tłoczno i spokojnie. Setki niczego niespodziewających się kierowców będą tutaj parkować i przechowywać swoje drogocenne 10-letnie wozy. Znów minie kilka dni spokoju, i przyjdzie czas na kolejną łapankę.
Równowaga w naturze musi być. Ale póki co natura naturą, ale ja upolować się nie dam.