O kryzysie parę słów Uenifeowych, subiektywnych i choć predykcyjnych to niezobowiązujących.
Oficjalnie słyszę od Donalda, że owszem na świecie
obsyfienie finansowe nastąpiło, ale że naszym bankom nic nie będzie bo były za głupie, żeby korzystać z megawypasionych opcji
subprime w Stanach. I pewnie ma rację, szczególnie, że mówić tak musi, żeby paniki wśród ludu Polan nie siać. Do niedawna lud ten w kierpcach grosiwo ciułał, nikt by dobrze na tym nie wyszedł gdyby nagle ten sam lud z banków do kierpców masowo przeniósł swoje zaskórniaki.
O ile faktem jest, że nasze banki w ogólnoświatowym
obsyfieniu nie uczestniczyły, to wcale nie mam przekonania jakoby ich kondycja miałaby być taka zdrowa i rześka jako Donald rzecze.
Powodów jest kilka, a głównym jest spadek wartości mieszkań, jakiego jeszcze nikt w Polsce nigdy nie doświadczył:
- 2 miesiące temu czytałem w Gazecie, jak deweloperzy zaklinają rzeczywistość i mówią o brakujących 3 mln mieszkań, i o stabilnych cenach, które przypięte do nowych kluczy czekają na bezdomnych miliarderów tłumnie walących drzwiami i oknami. Rynek jednak kieruje się swoimi regułami, i zaklinanie rzeczywistości nic nie daje. Znajomi agenci nieruchomości zgodnym chórem ogłaszają totalną bryndzę na rynku, i nie zanosi się na jej koniec. Po drugiej stronie ulicy odemnie jest 64 m2 za 300 tys. PLN do kupienia, i kisi się już kilku miesięcy.
- teraz już widać, nie tylko po akcjach deweloperów ale również cennikach, że czasy wariactwa się skończyły. Sprzedawanie metra kwadratowego we Wrocławiu za 7500 PLN/m2 przy koszcie wybudowania i zakupu działki maksymalnie do 2500 PLN/m2 (informacja z pierwszej ręki od znajomego architekta) było i jest chwilowym wydziwem, i nie ma mowy by na dłuższą metę było to możliwe przy naszych zarobkach.
- koniec z kredytami na 120% inwestycji, bez wkładu własnego, na 65 lat i wakacjami w płaceniu rat. To co robił bank PKO BP oraz BPH (i inne) rok temu, styl w jakim łapano wszystko co nie uciekało na drzewo i miało jakąkolwiek zdolność kredytową, był szokujący. Ma Pan PESEL? Konto w banku? Jakąś pracę? Świetnie! Proszę, o to chata. Co z tego że cena 3 razy wyższa niż koszty? A raty? Nie, spokojnie, ma Pan 3 miesiące karencji, proszę się rozgościć i jechać na wakacje! O ratach pogadamy później....
- koniec z zyskami dla inwestycji krótkoterminowych w nieruchomości. Głośno było o Anglikach, Hiszpanach i Arabach, którzy we Wrocławiu wykupują całe zgrzewki klatek schodowych tylko po to by sprzedać mieszkania z zyskiem. Od kilku miesięcy wynoszą się oni z Polski, sprzedają mieszkania oraz złotówki co powoduje nerwowość u tych szczęśliwców, którym "udało" kupić coś we frankach za 2.00 PLN za sztukę.
Wcale nie jestem pewien czy ten nasze banki tak spokojnie przetrwają tę huśtawkę. W normalnych warunkach, wpłata własna przy kredycie spełnia podwójną rolę: świadczy o tym, że klient sam potrafi wygenerować fundusze z których potem będzie płacił raty, oraz stanowi zabezpieczenie dla banku na wypadek gdyby przy sprzedawaniu nieruchomości (w razie awarii kredytobiorcy) jej cena była trochę niższa niż na początku. W takim wypadku, przy najgorszym scenariuszu bank wychodzi na zero. Ale od lat już banki dawały kredyty nawet na 120% inwestycji, nie mają więc żadnego zapasu, a przecież spadek cen nieruchomości jest faktem.
Co się jednak stanie, gdy w efekcie globalnego finansowego obsyfienia, w Polsce ludzie dobrze zarabiający i "okredyceni" zaczną tracić prace? Zapewne część z nich nie będzie w stanie spłacać 600 tys. złotych kredytu we frankach po coraz droższym kursie. Będą więc musieli sprzedać mieszkanie (albo pomoże im w tym kochany bank) a jak wiadomo, że jak ktoś musi sprzedać w sytuacji bryndzy to cena nie jest dla niego tak bardzo ważna. Co zrobi bank kiedy z 600 tys. udzielonego kredytu, ze sprzedaży nieruchomości wyciśnie "tylko" 400 tys.? Co zrobi klient który nadal będzie spłacał kredy 200tys. razem z czynszem wynajmowanego mieszkania? Co jeżeli takich kwiatków ma w swoich pakiecie bank więcej? Ile potrzeba takich sytuacji, żeby bank się wywrócił do góry kółkami? I czym taki scenariusz różni się od obsyfienia jakie wydarzyło sie w USA ostatnio?
Ostatnio chodząc sobie po centrum Wrocławia, obserwowałem wystawy sklepów. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że nie ma ich wcale tak wiele. Tu bank, tam bank, tutaj bank do samochodów, tam bank do mieszkań a tam dalej bank Dominet. Wszystkie banki piękne, marmurowe, nic tylko wchodzić i podpisywać, kolejek nie ma, ładne panie i ładni panowie siedzą cały dzień i drapią ołówkiem w stolik bo prawie nie mają klientów. Siedzą w nadziei, że może ktoś akurat wejdzie i jakąś lokatę zrobi, kredyt weźmie ale jakoś kolejek nie ma. I tylko sobie tak myślę, jak to jest że taki biznes jest bardziej opłacalny niż restauracja, niż jakiś specjalistyczny sklep albo co inszego? Jak to jest, że ludzie siedzą i się nudzą, w najlepszym miejscu w mieście i to wszystko się komuś jeszcze opłaca?
Mam przeczucie, że za tych znudzonych specjalistów ds. kontaktu z klientem dziś płacą przyszłe dochody z udzielonych ale niespłaconych kredytów. Mam takie przemożne przeczucie, i można mnie tutaj za 9-12 miesięcy z tą notką do tablicy wywołać, że ta sytuacja się bardzo dramatycznie zmieni niedługo.
Są ekonomiści, którzy twierdzą, że to co wydarzyło się niedawno w US of A to ledwie małe pierdnięcie w porównaniu z tym, co nas czeka w najbliższych latach. Niektórzy z tych ekonomistów przewidzieli obecny krach kilka lat temu.
Piszę "nas", bo jeśli zbankrutuje gospodarka Stanów Zjednoczonych, to pociągnie za sobą resztę świata.
Być może gdy za rok - lub dwa - lub trzy - zostaniesz wywołany do tablicy z powodu powyższego tekstu okaże się, że nie tylko jest już o wiele mniej oddziałów banków na naszych ulicach, ale też że co drugi z tych oddziałów nazywa się np. JP Morgan.