Uenifeu: zwierzę wirtualne. Należy do rodziny przeżuwaczy. Łagodny i przyjazny, przymuszony durnotą: warczy. Żywi się tym co centrolewe i ciekawe. Pisze gdy jest najedzony i syty informacji. Motto: Zwalczam memy. Przekaż dalej!
O autorze
Kategorie: Wszystkie | Aborcja | Ciekawe linki | Homophobos | Inne | Muza | Myśli z Uudej buody wyczesane | Nauka | Nius | PiSizm | Polityka | Religia | Seks | Siennik Egipski | Yes, I doesn't | Z życia Uenifeu'ów
RSS
piątek, 28 listopada 2008
Globalne Finansowe Obsyfienie

O kryzysie parę słów Uenifeowych, subiektywnych i choć predykcyjnych to niezobowiązujących.



Oficjalnie słyszę od Donalda, że owszem na świecie obsyfienie finansowe nastąpiło, ale że naszym bankom nic nie będzie bo były za głupie, żeby korzystać z megawypasionych opcji subprime w Stanach. I pewnie ma rację, szczególnie, że mówić tak musi, żeby paniki wśród ludu Polan nie siać. Do niedawna lud ten w kierpcach grosiwo ciułał, nikt by dobrze na tym nie wyszedł gdyby nagle ten sam lud z banków do kierpców masowo przeniósł swoje zaskórniaki.

O ile faktem jest, że nasze banki w ogólnoświatowym obsyfieniu nie uczestniczyły, to wcale nie mam przekonania jakoby ich kondycja miałaby być taka zdrowa i rześka jako Donald rzecze.



Powodów jest kilka, a głównym jest spadek wartości mieszkań, jakiego jeszcze nikt w Polsce nigdy nie doświadczył:

- 2 miesiące temu czytałem w Gazecie, jak deweloperzy zaklinają rzeczywistość i mówią o brakujących 3 mln mieszkań, i o stabilnych cenach, które przypięte do nowych kluczy czekają na bezdomnych miliarderów tłumnie walących drzwiami i oknami. Rynek jednak kieruje się swoimi regułami, i zaklinanie rzeczywistości nic nie daje. Znajomi agenci nieruchomości zgodnym chórem ogłaszają totalną bryndzę na rynku, i nie zanosi się na jej koniec. Po drugiej stronie ulicy odemnie jest 64 m2 za 300 tys. PLN do kupienia, i kisi się już kilku miesięcy.

- teraz już widać, nie tylko po akcjach deweloperów ale również cennikach, że czasy wariactwa się skończyły. Sprzedawanie metra kwadratowego we Wrocławiu za 7500 PLN/m2 przy koszcie wybudowania i zakupu działki maksymalnie do 2500 PLN/m2 (informacja z pierwszej ręki od znajomego architekta) było i jest chwilowym wydziwem, i nie ma mowy by na dłuższą metę było to możliwe przy naszych zarobkach.

- koniec z kredytami na 120% inwestycji, bez wkładu własnego, na 65 lat i wakacjami w płaceniu rat. To co robił bank PKO BP oraz BPH (i inne) rok temu, styl w jakim łapano wszystko co nie uciekało na drzewo i miało jakąkolwiek zdolność kredytową, był szokujący. Ma Pan PESEL? Konto w banku? Jakąś pracę? Świetnie! Proszę, o to chata. Co z tego że cena 3 razy wyższa niż koszty? A raty? Nie, spokojnie, ma Pan 3 miesiące karencji, proszę się rozgościć i jechać na wakacje! O ratach pogadamy później....

- koniec z zyskami dla inwestycji krótkoterminowych w nieruchomości. Głośno było o Anglikach, Hiszpanach i Arabach, którzy we Wrocławiu wykupują całe zgrzewki klatek schodowych tylko po to by sprzedać mieszkania z zyskiem. Od kilku miesięcy wynoszą się oni z Polski, sprzedają mieszkania oraz złotówki co powoduje nerwowość u tych szczęśliwców, którym "udało" kupić coś we frankach za 2.00 PLN za sztukę. 

Wcale nie jestem pewien czy ten nasze banki tak spokojnie przetrwają tę huśtawkę. W normalnych warunkach, wpłata własna przy kredycie spełnia podwójną rolę: świadczy o tym, że klient sam potrafi wygenerować fundusze z których potem będzie płacił raty, oraz stanowi zabezpieczenie dla banku na wypadek gdyby przy sprzedawaniu nieruchomości (w razie awarii kredytobiorcy) jej cena była trochę niższa niż na początku. W takim wypadku, przy najgorszym scenariuszu bank wychodzi na zero. Ale od lat już banki dawały kredyty nawet na 120% inwestycji, nie mają więc żadnego zapasu, a przecież spadek cen nieruchomości jest faktem.




Co się jednak stanie, gdy w efekcie globalnego finansowego obsyfienia, w Polsce ludzie dobrze zarabiający i "okredyceni" zaczną tracić prace? Zapewne część z nich nie będzie w stanie spłacać 600 tys. złotych kredytu we frankach po coraz droższym kursie. Będą więc musieli sprzedać mieszkanie (albo pomoże im w tym kochany bank) a jak wiadomo, że jak ktoś musi sprzedać w sytuacji bryndzy to cena nie jest dla niego tak bardzo ważna. Co zrobi bank kiedy z 600 tys. udzielonego kredytu, ze sprzedaży nieruchomości wyciśnie "tylko" 400 tys.? Co zrobi klient który nadal będzie spłacał kredy 200tys. razem z czynszem wynajmowanego mieszkania? Co jeżeli takich kwiatków ma w swoich pakiecie bank więcej? Ile potrzeba takich sytuacji, żeby bank się wywrócił do góry kółkami? I czym taki scenariusz różni się od obsyfienia jakie wydarzyło sie w USA ostatnio?

Ostatnio chodząc sobie po centrum Wrocławia, obserwowałem wystawy sklepów. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że nie ma ich wcale tak wiele. Tu bank, tam bank, tutaj bank do samochodów, tam bank do mieszkań a tam dalej bank Dominet. Wszystkie banki piękne, marmurowe, nic tylko wchodzić i podpisywać, kolejek nie ma, ładne panie i ładni panowie siedzą cały dzień i drapią ołówkiem w stolik bo prawie nie mają klientów. Siedzą w nadziei, że może ktoś akurat wejdzie i jakąś lokatę zrobi, kredyt weźmie ale jakoś kolejek nie ma. I tylko sobie tak myślę, jak to jest że taki biznes jest bardziej opłacalny niż restauracja, niż jakiś specjalistyczny sklep albo co inszego? Jak to jest, że ludzie siedzą i się nudzą, w najlepszym miejscu w mieście i to wszystko się komuś jeszcze opłaca?

Mam przeczucie, że za tych znudzonych specjalistów ds. kontaktu z klientem dziś płacą przyszłe dochody z udzielonych ale niespłaconych kredytów. Mam takie przemożne przeczucie, i można mnie tutaj za 9-12 miesięcy z tą notką do tablicy wywołać, że ta sytuacja się bardzo dramatycznie zmieni niedługo.

poniedziałek, 15 października 2007
Motyw "noszonej baby"

Dzisiejsza notka będzie z kategorii "Odjechane". Nie jestem zapewne jedyną osobą, która ma po dziurki w nosie większość treści płynących z telewizora, niemniej nawet w najgorszym mule można czasem wychwycić perełki i schematy które domagają się głębszej interpretacji.

W ramach rozrywki proponuję dziś zastanowić się nad powtarzającym się w filmach motywem "noszenia baby". Dlaczego motyw ten występuje tak często? Co takiego reżyser próbuje przekazać widzowi poprzez używanie takiej a nie innej cliszy?

Film 1:

Rzut babą z mostu.

Typowa sytuacja, wzorcowy klimat "baba z mostu, komuś lżej". W 4 kadrze obserwujemy pomocnika, który donosi następną babę. Widzimy w tym wyraźny przekaz, mianowicie tzw. "ja liryczne" utworu filmowego odczuwa głęboką przyjemność ze zrzucania bab z mostów (tudzież tam). Czerpie z tego przyjemność i satysfakcję, można by wręcz pokusić się o stwierdzenie, że "ja" liryczne w ten sposób ładuje swoje życiowe baterie, a z każdą zrzuconą babą nabiera większej chęci do życia i motywacji do poszukiwania nowych mostów, z których jeszcze nikt nigdy nie zrzucił żadnej baby. Na twarzy baby widzimy także pełne oddanie i zachwyt, jej nieme usta wydają się szeptać "jeszcze nikt mnie tak nie zrzucił z mostu jak ty" i "rób mi tak".

Film 2:

Baba w zielonym

W drugim filmie obserwujemy tradycyjny rytuał wieńczący udane porozumienie biznesowe pomiędzy czarnym kontrahentem, a orientalnym właścicielem fabryki z małymi orientalnymi pracownikami w środku. Na dowód szczerości zamiarów, orientalny fabrykant przekazuję czarnemu kontrahentowi tzw. "babę w zielonym". Ciekawe jest to że baba jest całkiem nieorientalna, a zielony kolor może kojarzyć się z nadzieją (np. że ta kiedyś się obudzi w czarnych ramionach) albo z dżihadem (np. że kiedyś się obudzi i zacznie zrzędzić, że czarny samochód czarnego jest nieposprzątany). W ostatnim kadrze widzimy także specyficzną pozę orientalnego fabrykanta, widoczne jest jak gdyby wahanie lub niepewność czyżby jego intencje nie były szczere...?"

Film 3:

Baba z fengshui.

Trzeci film, to nasz motyw w tzw. filmie drogi. Ukazuje on mianowicie fizyczną i duchową podróż bohatera, który próbuje ułożyć poprawne feng shui dla swojego zamczyska, manewrując babą to w lewo to w prawo. Jego wędrówka rozpoczyna się w piwnicy, naturalnym babim habitacie, obok klatek z królikami. Na trzecim kadrze widzimy wahanie i niepewność "czy baba da się przyszpilić razem z motylami? jak gruba szpila będzie potrzebna"? Czwarty kadr ukazuje nam bezwolność i uległość baby, która oczekuje, że jej tragarz znajdzie w końcu dla niej miejsce pozbawione strun geopola... Piąty kadr to dylemat "zakopać pod progiem czy nie" , a szósty to nieudana próba ulokowania baby na kozetce z biopolem dwufazowym.

Ten długometrażowy film nie kończy się happy endem, bohater transportuje "babę" z powrotem do jej piwnicy, i poddaje się , zostawiając ją w miejscu w którym walała się wcześniej... Być może jutro spróbuje ponownie, z takim pytaniem widz wychodzi z kina, i jest to alegoria naszych codziennych dylematów. Współodczuwając z bohaterem, sami odkrywamy że każdy z nas, mężczyzna czy kobieta, ma w życiu jakaś "babę", która się gdzieś wala, rozwala nam feng-shui, i wyje ze strychu lub piwnicy, jeśli ją położyć na żyłach wodnych czy z dala od lokalnego czakramu.

Film 4:

Baba na wysokościach.

Film piąty , utrzymany w konwencji typowego francuskiego "filmu rozliczeniowego", porusza zagadnienie stosunku klasy średniej i inteligencji do wydarzeń roku 1968. Bohater intelektualista manewruje babą po pomieszczeniu, z wyraźną intencją przetransportowania jej na dół. Widzimy że akcja dzieje się bowiem na wysokim piętrze. Widzimy też, że bohater chce coś uczynić aby ulżyć babie która, niesiona wiatrem nowych rewolucyjnych ideii, znalazła się z nim tak wysoko i nie umie sama zleźć drogi na dół gdzie jest jej miejsce.

Kluczowy jest kadr trzeci na którym obserwujemy czysto egzystencjalną zadumę bohatera, jego cierpiąca twarz jest jak gdyby ucieleśnieniem dylematu całego pokolenia jakie reprezentuje, pokolenia które do końca swych dni nie wybaczyło sobie tego że nie zajęło wyraźnego stanowiska w sytuacji politycznej Francji 1968 roku. Jego pozornie prosty dylemat "wywalić przez okno, czy może raczej schodami?" jest ucieleśnieniem rozterek tysięcy pisarzy, twórców, artystów i mainstreamowych polityków lewicy , którzy w decydującej chwili odmówili wsparcia zbuntowanym studentom. Film kończy się na swój sposób moralizatorską wstawką: bohater postanawia znieść babę po schodach. Wybiera trudniejszą ścieżkę, chce jednak się upewnić, że baba wróci na intelektualne niziny z których przybyła, i nie zaczepi się po drodze o byle rzygacz czy gzyms konwulsji społecznych jakie przeżywała Francja tamej epoki.

Film 5:

Baba do bagażnika.

Film piąty to typowy motyw "noszonej baby" w polskim filmie gangsterskim końca XX wieku. "Baba" pakowana jest na pakę: to symbol tego, że beneficjenci przemian gospodarczych, uciekają od prozy życia szukając spełnienia w licznych dobrach materialnych, które mają jak gdyby za nich odrobić życiowe zadanie domowe jakim jest doniesienie własnej "baby" do celu o własnych siłach. W pierwszym kadrze widzimy bohatera, który samodzielnie stawia czoło "noszeniu", już za chwilę jednak okazuje się, że próba ta jest dla niego zbyt ciężka, posłuży się maszyną bo osiągnąć sukces szybciej, pewniej, wydajniej.

W procederze towarzyszy mu samotny pomocnik, być może "bezbabi" wspólnik w interesach. Obaj tworzą układ, porozumienie, który pozwala im na pozbywanie się "bab" szybko i bezboleśnie. Na twarzy wspólnika widzimy niepewność, wahanie. To obawa przed rozliczeniem, przed sprawiedliwością która spotyka zawsze wszystkich tych, którzy próbują iść na skróty tam gdzie nie jest to wskazane. Filmowi towarzyszy jasne i wyraźny przekaz, że ważniejsze od doniesienia "baby" na miejsce, ważniejszy jest sam proces noszenia, pokonywania przeszkód i poszukiwania właściwego miejsca w którym "baba" może leżakować i czekać na lepsze czasy.

Notkę dedykuję WO, a czytelników zachęcam do odgadnięcia prawdziwych tytułów filmów i/lub nadsyłanie własnych fotek z absurdalnymi motywami filmowymi. :)

(inspired by mysh)

wtorek, 04 września 2007
Myśl Pierwsza - Pułapki Lotniskowe

Znacie ten trik lotniskowy? Ten z tym że nie wolno wnosić do samolotu niczego, poza wszystkim tym co absolutnie wnieść potrzeba, żeby w środku było coś i samolot nie latał pusty?

Jedną z tych rzeczy, których nie wolno wnosić jest kosmetyczka. Kiedy następnym razem pani przy wadze powie Wam, że trzeba ją wrzucić do walizki i że nic jej nie będzie, to spluńcie przez lewe ramię i stańcie okoniem, względnie szprotą, oddzielając wrażą istotę od siebie wyraźnym znakiem krzyża utworzonego z palców wskazujących.

Nie, nie będzie okej. Szczególnie jeśli nie wszystkie szpeja w środku są w woreczkach, i nie są szczelnie zamknięte i zalakowane jak Lenin na Kremlu. W samolocie w bagażniku czasami mogą wystąpić sporawe zmiany ciśnienia, rzeczy fruwają, ściskają się: generalnie Sajgon wschodni - szturm Wietkongu - "nie ma przebacz".

Ja o tej cennej myśli zapomniałem, dzięki czemu po wylądowaniu, i otwarciu walizki odkryłem że moja własna kosmetyczka wygląda jakby padła ofiara chuci 30 wyposzczonych dzikich knurów, które wszystkie na raz postanowiły wyegzekwować na niej swoje droit de seigneur.

To mówiłem ja, Uenifeu. Uudobuody.